Rowerem przez Dolinę Mozeli (część I)

luksemburg4

 

Wciśnięty między Niemcy, Francję i Belgię, półmilionowy Luksemburg z winami raczej się nie kojarzy. Niemniej, mieszkańcy Wielkiego (i nie ma chyba w tym członie niestety ani krzty autoironii) Księstwa mają co nieco do powiedzenia i w tym temacie. Żeby jednak wysłuchać ich historii, trzeba właściwie pofatygować się na miejsce, bo z produkowanych rocznie ok. 130 hektolitrów na eksport idzie niewiele. A jeśli już idzie, to nie pierwszy sort i do Belgii (ponad 80%). Pozostałe 20% przypada przede wszystkim na Niemcy, dokąd wino wysyłane jest podobno w cysternach jako przyprawa do tamtejszych znad Mozeli specjałów. No właśnie, Mozela. To na 42-kilometrowy odcinek doliny tej rzeki przypada niemal cała produkcja wina luksemburskiego. Okoliczność nader sprzyjająca dla rowerzysty, bo nawet jeśli dodać 60 km na dojazd z i do stolicy (do której przyjechałem z Belgii pociągiem) i 30 km na „margines błędu”, czyli po prostu kręcenie się na miejscu – to nadal można wszystko zamknąć w jednym dniu jeżdżenia. Skoro tak, nie pozostało nic innego, jak wcielić ten plan w życie.

Pierwszy odcinek podróży, ze stolicy po południowo-wschodni koniuszek Wielkiego Księstwa niewiele ma wspólnego z winem. Można więc go spędzić na krótkim przybliżeniu rowerowych realiów tego państwa.

luksemburg3

Po pierwsze, Luksemburg jest intensywnie pagórkowaty i płaskie odcinki, przynajmniej w tej części kraju, zdarzają się niezwykle rzadko. Skutkuje to wielką frajdą przekraczania 50 km/h z górki bez większego wysiłku, ale i niemałą frustracją wywołaną mozołem pedałowania pod górkę (13% nachylenia to nie taki rarytas) przez kilka kilometrów. Co stanowi nie lada atrakcję dla rowerzysty przyzwyczajonego do nizinnych rejonów Polski. I nie mniejsze wyzwanie dla jego kolan. Mimo trudnej rzeźby, rowerzystów jeździ tam sporo – wszyscy obowiązkowo w obcisłym ekwipunku. Choć wyglądamy względem nich jak kloszardzi, każdy z nich jako pierwszy powie „bon jour!”. Nie mniej miło jest ze strony kierowców, którzy nawet na drodze krajowej zwalniają swoje naprawdę wypasione samochody do prędkości rowerzysty i wyprzedzają go dopiero wtedy, gdy są stuprocentowo pewni, że mogą zrobić to bezpiecznie. Infrastruktura rowerowa – jeśli jest, to przedniej jakości. Całkiem często trzeba jednak korzystać z jezdni. Sielankę tę akcelerują w dodatku soczyste krajobrazy (mimo że to połowa października) – zieleń, łąki, drzewa, pagórki. Za Elvange zjeżdżamy z „wojewódzkiej” w jakąś drogę lokalną, przejeżdżamy kilka jeszcze kilometrów… I zaczyna się! Lądujemy niemal w samej winnicy, nad niezwykle stromym zboczem.

luksemburg2

Krajobraz zmienia się diametralnie – winorośle są wszędzie, pięknie pożółkłe, lśnią w jesiennym słońcu. Jeśli okolica jest reprezentatywna, to 30% widnokręgu powinno być zajęte przez szczep Muller-Thurgau (zwany tutaj Rivanerem), 14% przez Auxerrois, drugie tyle przez Pinot Gris. 13% tortu przypada Rieslingowi, 11% to Pinot Blanc, a niecałe 10% – miejscowa specjalność: Elbling, który rzekomo uprawiany jest tu od czasów rzymskich. Dalej kroczy jedyna czerwona odmiana, Pinot Noir – którego produkcja stanowi ok. 7% całości. Na końcu jednoprocentowa drobnica, czyli Chardonnay i Gewurztraminer.

W dole drzemie wioska Remerschen, pierwszy punkt na winnej mapie. Zjazd do niej jest jednak bardzo trudny. Mimo zaciśnięcia obydwu hamulców, cały czas zjeżdżaliśmy z dość dużą prędkością przez kilkaset metrów po betonowej tarce. Samo Remerschen właściwie nie drzemie, a śpi snem głębokim. Do głównej drogi przylegają przyjemne domki, czasem budynki instytucji publicznych, pojedyncze knajpy i w sumie tyle. Niekiedy nie przylega do niej zresztą nic innego, jak pnące się ze wzgórza winnice. Obieramy więc azymut na nieodległe Schengen, by na dobre zacząć eksplorowanie kantonu Remich. Dolina jest tutaj dość szeroko otwarta, a stoki przeważnie zaokrąglone. Taka też podobno jest charakterystyka tutejszych win.

luksemburg1

Samo Schengen leży u zbiegu trzech granic, co jest naprawdę i dobitnie zauważalne. A specyfikę tego położenia wcale zgrabnie wykorzystano w przypadku opisanego już na blogu wina Charta Schengen. Do ulic w miasteczku nadal przylegają niekiedy bezpośrednio winnice, częściej jednak widzimy ogromne stacje benzynowe, zapełnione samochodami na niemieckich i francuskich rejestracjach, tankujących nie tylko do baków, ale od razu i do kanistrów. Litr benzyny jest o ok. 30 centów tańszy. Jest też trochę więcej knajp i sklepów z winem. My jednak niewzruszeni na razie na takie życia pokusy, po dokonaniu minimalnego rekonesansu części niemieckiej i francuskiej, wyruszamy na północ. Wzdłuż rzeki prowadzi malowniczo położona droga krajowa numer 10, od której oddzielona pasem zieleni jest bardzo przyzwoita droga rowerowa. Im dalej na północ, tym drodze rowerowej bliżej do jezdni – by w końcu zamienić się w coś w rodzaju pobocza. Nadal jednak jest bardzo bezpiecznie. Oraz, co nie mniej ważne – płasko. Literalnie przez cały czas towarzyszy nam też widok winnic, zarówno po stronie luksemburskiej, jak i niemieckiej.

Po raz pierwszy zbaczamy z trasy w miejscowości Bech-Kleinmacher. Mieści się tutaj ciekawie się zapowiadające muzeum folkloru i wina A Possen – które oczywiście było zamknięte.  To nic, bo naszym celem i tak było Wellenstein – odbijamy więc lekko na południe i zaczynamy krótką wspinaczkę.

luksemburg6

Na początku wioski znajduje się ogromny sklep spółdzielni Vinsmoselle (która skupia ponad 60% produkcji); zajrzymy do niego w drodze powrotnej. Samo Wellenstein jest jedną z najbardziej urokliwych wiosek w okolicy. Na świetną atmosferę składa unoszący się zapach wina, sympatyczna architektura, sporo porozstawianych to tu, to tam winnych detali (to prasa, to jakaś beczka) i kilka barów, z których na lekkim rauszu wytaczają się miejscowi, by wsiąść do swoich drogich samochodów. Informacja turystyczna też była oczywiście zamknięta, podobnie jak w tym dniu akurat nie odbywał się pięciokilometrowy tour z przewodnikiem po winnicach. No nic, i tak udało się zobaczyć sporo – wracamy do sklepu, bo czas najwyższy przejść do konkretów.

luksemburg5

Sklep jest ogromny, selekcja imponująca i w ogóle jest wspaniale. Czujemy się jak dziecko w Disneylandzie i Polak-katolik w Licheniu na raz. Co nie mniej ważne, ceny też są genialne. Butelka rzadko kosztuje więcej niż 10 euro, a przyzwoite wino spokojnie można kupić za 6-7 euro. Małą wadą jest to, że z obsługą – która ma bardzo dużo do powiedzenia i dzieli się wiedzą chętnie – porozumiemy się tylko po francusku lub niemiecku. Tak zresztą jest w całym państwie. Jest w nich jednak na tyle dobrej woli, że można się zrozumieć. Spędzamy tam więc dobrą godzinę, wychodząc z trzema – bardzo trafionymi, jak się później okaże – butelkami. Byłoby więcej, ale pojemność sakw ograniczona, a poza tym jest jeszcze nadzieja na zakup czegoś spoza spółdzielni. Jedźmy więc, nikt nie woła.

3 Komentarze Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s