Wino, rowery i deszcz

dnia

deszcz2„Czasami cała winnica to są tylko dwa rzędy krzaczków. Ale i tak warto spróbować” – powiedziała kobieta z biura turystycznego w Maastricht, zapytana o winnice w Limburgii. Jakby chciała tą jedną frazą dodać otuchy i pocieszyć, że pomysł objechania niderlandzkich winnic wcale nie jest tak beznadziejny. Skserowała też z przewodnika mapkę regionu z wyszczególnionymi miejscowościami, w których winiarze rezydują. Bez tej listy (która chyba nie jest wyczerpująca) ani rusz, stąd pozwolimy sobie ją tutaj przepisać. Jadąc od północy, są to miejscowości: Thorn, Ulestraten, Ubachsberg, Eys, Schip op Geul, Wahlwiller, Noorbeek, Mesch, Slenaken, Epen, Vijlen. I oczywiście Masstricht, w południowej części którego znajdują się dwie winnice: cieszące się największą estymą i popularnością Apostelhoeve oraz Hoeve Nekum.

deszcz5

Rozmieszczenie tych wszystkich wiosek i miasteczek w połączeniu z mapą wydaną przez sabotujących geografię Limburgii Belgów sprawia, że jakbyśmy nie zaplanowali, to i tak będziemy kręcić się jak wiadomo co w wiadomo czym. Sprawy nie ułatwia też ontologiczna nieśmiałość drogowskazów. W ogóle, infrastruktura rowerowa jest jak na Niderlandy trochę rozczarowująca. Choć i tak są to warunki, na które polski rowerzysta reaguje jak mieszkaniec Sudanu na deszcz. O kliniczność warunków jazdy dbają też kulturalni kierowcy. Sprawę równoważy natomiast pogoda: w dniu wycieczki padało przynajmniej trzy razy a wiatr wiał z prędkością ok. 30 km/h. Trzeba też pamiętać, że wino lubi tereny wzgórzyste – tych więc Limburgia dostarcza szczodrze.

My atakujemy region od południowego wschodu, żeby zrobić mały po nim zygzak i doświadczyć wina jak najwięcej. O ile opisywana wcześniej luksemburska Dolina Mozeli regionem winnym nie jest tylko z pozoru (i zjechawszy do niej nie widzi się w sumie nic poza winnicami), to limburska rzeczywistość twardo analogicznym pozorom wychodzi naprzeciw i ani przez chwilę nie raczy nas jakimiś co bardziej winnymi widokami. Jest to jednak region przeuroczy: bardzo rolniczy, soczyście zielony, z dużym pofałdowaniem terenu. Ze słowami kobiety z biura turystycznego oraz z tytułem jednego z wcześniejszych na temat wina niderlandzkiego wpisów pięknie koresponduje sukces, jaki odnosimy w Vijlen. Mimo poczynienia jakiegoś tam researchu, spisania adresu etc. – nic. Nie udaje nam się odnaleźć ani winnicy, ani miejsca, w którym można by wino kupić.

deszcz

Z lekkim niepokojem ruszamy dalej, do Wahlwiller. Którą to mieścinkę przegapiamy ze trzy razy dzięki uprzejmości dobrze spisującej się dotychczas mapy oraz naprawdę dziwnych drogowskazów. Przejeżdżamy najpierw obok złowrogo „gesloten”* budynku z tabliczką „wijn dorp” (w wolnym tłumaczeniu, wioska winna), by odnaleźć ulicę, odnaleźć dom. Ten jednak też sprawia wrażenie mocno niedostępnego i zamkniętego na cztery spusty. Po kilkuminutowym krygowaniu się i zabawie w dzwonek do drzwi, uderzamy na pewniaka na podwórko, czym niemal do zawału doprowadzamy podstarzałą właścicielkę obejścia. Gdy już się okazuje, że chodzi o wino, woła swojego męża, który tą sprawą się zajmuje. Pan Hendrik van Bavel okazuje się bardzo sympatyczny. Oferuje wina ze szczepów Muller Thurgau, Riesling, Pinot Blanc (to ostatnie produkowane jednak nie przez niego, a przez kolegę) i Pinot Noir. Najbardziej dumny jest z ostatniego, więc na tę właśnie butelkę w końcu się decydujemy. Gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, nie ukrywa zdziwienia, że w takich celach jesteśmy tu, w Niderlandach, a nie u siebie. Przecież on polskie wino pił już w latach siedemdziesiątych. W Zielonej Górze. Za Gierka. Okazuje się, że nie tylko w narodzie swego rodzaju sentyment do pierwszego sekretarza pozostaje aktualny.

Winiarstwo w Limburgii zaczynało swoją zawrotną karierę właśnie wtedy, czterdzieści lat temu. A tak po prawdzie, większość winnic powstała ok. dwudziestu lat temu. Sadzonki ściągnięto przede wszystkim z Luksemburga. Znaczącą mniejszość – z Alzacji. Nie udało się zdobyć jakichś przekonujących informacji na temat obecnej produkcji wina w Niderlandach, ale na pytanie o brak jej należytej promocji (wszak jesteśmy w kraju mistrzów marketingu, którzy nawet Heinekena są w stanie sprzedać jako coś smacznego) pan Hendrik zrezygnowanie kręci głową: „za mało, za mało…”.

Udajemy się na północ, do Eys. Mimo że to raptem 2-3 kilometry, po drodze omal nie wypluwamy płuc. To pierwszy moment delikatnego zwątpienia w sens łączenia roweru z winem: przecież w takich miejscach zawsze będzie górzyście! Widok na położoną w dolinie miejscowość (w tle widoczne są nawet winnice) wynagradza jednak cały ten trud. Zjeżdżamy więc na dół, złożyć kolejną wizytę. Dom miejscowego producenta znajduje się vis-a-vis kościoła. Dzwonimy. Odpowiada nam zajadłe szczekanie: brzmi na yorka, więc ani kroku dalej. W drzwiach dostrzegamy klucz zostawiony od zewnątrz; stąd wniosek, że państwa nie ma chyba w domu. Czekamy kwadrans, ale cały czas tylko ten york. Trudno. Krótki rekonesans po wiosce i wracamy na południe, obierając azymut na Epen.

deszcz3

Na drodze do którego i w którym dopada nas pierwsza tego dnia ulewa. Niezrażeni dojeżdżamy jednak do położonej za miastem winnicy Le Coq Frise. Krótka, sympatyczna rozmowa z dumną ze swojej pracy właścicielką owocuje zakupem butelki wypełnionej Chardonnay i Pinot Blanc, które kilka miesięcy kąpały się we francuskim dębie. Odkorkujemy, zobaczymy. W sakwie solidarnie mokną już zatem dwie butelki, ale etykiety nadal są czytelne.

W Slenaken powtarza się historia z Vijlen: ani widu, ani słychu. Miejscowość jednak jest sama w sobie urocza. Będąc tego świadomą, obrodziła w całkiem sporą liczbę hoteli. Następne w planach jest Noorbeek, gdzie trafiamy jedynie do ładnie położonej winnicy; brak natomiast informacji o tym, gdzie można by wino kupić. W Schip op Geul jest podobno jakiś sklep niedaleko dworca, ale tak bardzo skrył się za nie-winnymi pozorami, że nie udało się do niego trafić.

Planowanie podróży wyłącznie w kontekście winnym może przysporzyć niekiedy miłej niespodzianki pod względem krajobrazowym. Tak też się dzieje w przypadku naprawdę ładnej miejscowości Valkenburg. Jest tu i zamek, i przyjemne dla oka centrum. Miasto położone jest w intensywnej dolinie (zjazd naprawdę imponujący, podjazd – tym bardziej), dlatego kończą się w nim jakieś ważne dla miejscowych wyścigi kolarskie.

My jednak wracamy do wina, trafiając do wioski Ubachsberg. Znajduje się tu jedna z lepiej promujących się winnic Wijngoed Fromberg (w wiosce są nawet drogowskazy wiodące do ich siedziby/domu/sklepu). Jak na lokalne warunki, wybór jest całkiem imponujący. Bierzemy więc po jednym Rieslingu i Muller Thurgau, mając nadzieję sprawdzić zawartość w któryś z cieplejszych wakacyjnych dni.

deszcz4

Problemy z pogodą i z dętką sprawiają, że nie starcza już czasu na odwiedzenie obiecująco zapowiadającego się Ulestraten – trzeba zarządzić odwrót do Maastricht.

Stolica Limburgii sama w sobie jest miastem bardzo ładnym i o świetnej atmosferze. Zdarzało nam się być tam już wcześniej i zawsze trafialiśmy na sympatycznych ludzi. Maastricht jest też chyba najistotniejszym punktem wycieczki dla spragnionych wina. W południowej części miasta, po sąsiedzku mieszczą się dwie najbardziej popularne niderlandzkie winnice: Apostelhoeve i Hoeve Nekum. Mieliśmy już okazuję zdegustować i opisać ich wina, które zresztą są dość łatwo dostępne w sklepach „na mieście”. Tym razem więc odpuszczamy sobie zakupy i ostatkiem sił jedziemy do Belgii, złapać jakiś pociąg do domu.

* czyli po prostu „zamkniętego”

3 Komentarze Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s