Ze szlaku wina i miodu

dnia

zbiór

Łączenie wina z rowerem w Polsce nie zawsze jest dobrym pomysłem. Przyczyna nie leży chyba po stronie wina czy roweru, ale nie ma też co uderzać w pesymistyczne twierdzenia, że w Polsce życie rowerzysty czy osoby zainteresowanej winem po prostu ma swój smaczek. Ogólnie trzeba jednak przyznać, że pomysł rowerowej enoturystyki gdzieniegdzie się przyjął i funkcjonuje z powodzeniem. Z powodzeniem nie mniejszym wzrastają winnice w województwie lubuskim, do których chcieliśmy zajrzeć na rowerach już czas jakiś temu. Zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie. Tym razem postanowiliśmy skorzystać z tego, że w majówkę zorganizowano weekend otwartych winnic i zajrzeć do możliwie wielu z nich. A właściwie, to po prostu postanowiliśmy pojeździć po winnicach na krzywe wiadomo co i bez umawiania się. W praniu okazało się, że odbywa się taka właśnie impreza – i całe szczęście, bo w przeciwnym wypadku pewnie do wielu miejsc byśmy nie zajrzeli.

miłosz_piecyk

Wydaje się, że objeżdżanie zielonogórskich winnic nie jest też aż tak oryginalnym pomysłem: każdego weekendu robi to wiele osób, chociaż pewnie zazwyczaj samochodem. Same winnice są całkiem nieźle opisane (też tu czy tu). Stąd też nie będziemy się tutaj silić na obiektywizm, starając się jednak rzecz opisać z perspektywy dwóch kółek (oraz, rzecz jasna, dwóch kieliszków).

Na pierwszą trasę obraliśmy winnice położone wokół Zielonej Góry, ale mamy świadomość, że na tym nie kończą się zasoby województwa. Na północną jego część też przyjdzie czas.

Pierwszego dnia dojechaliśmy pociągiem do Zielonej Góry z zamiarem przejechania ok. 85 km i odwiedzenia winnic w: Starym Kisielinie, Łazie, Proczkach, Starej Wsi, Kiełpinie, Koźli i Świdnicy. Na noc chcieliśmy wrócić do Zielonej Góry, by następnego dnia odwiedzić Górzykowo i Mozów (pokonując ok. 40 km). Plan pod względem dystansów bardzo spacerowy, co było rzecz jasna podyktowane chęcią spędzenia możliwie dużo czasu w winnicach. No i jednak był to weekend majowy, więc nie chcieliśmy wystawiać na przesadną próbę łaskawości i trzeźwości kierowców. Ani pojemności wieczornych pociągów.

Z Zielonej Góry wyjeżdża się mniej więcej tak, jak z każdego większego miasta. Czyli nieprzyjemnie: szerokie i proste autostrady powodują, że wszyscy muszą jechać bardzo szybko swoimi samochodami. Nie najlepiej wpływa to na poczucie bezpieczeństwa, chociaż trzeba od razu zaznaczyć, że z kulturą wśród lubuskich kierowców nie jest najgorzej. Nie wyprzedzają na gazetę czy na trzeciego; nie jest dla nich wielkim problemem podjechanie kilkuset metrów za rowerzystą i zaczekanie aż z przeciwka nie będzie jechał żaden samochód. Niektórzy nawet nie tylko zachowują się zgodnie z prawem i podstawowymi zasadami kultury, ale na dodatek są uprzejmi. O tym, że nie jest źle świadczyły zaobserwowane inne wycieczki po tej bardzo inspirującej i ładnej okolicy. A my, nie zdążyliśmy się na dobre rozpędzić, a już zajechaliśmy do Starego Kisielina i winnicy „Julia”.

Niewiele brakowało, a obeszlibyśmy się smakiem, ponieważ prowadzący winnicę państwo Grad akurat wybierali się do Zaboru. Zielonogórscy winiarze kupili tam działkę na wzgórzu, podzielili między siebie parcele i wielu z nich obsadzało je kolejnymi krzewami. Winnicy „Julia” więc nie zwiedzaliśmy, ale zakup butelki różowego Portugiesera okrasiliśmy krótką i miłą rozmową z właścicielem przybytku. Udało się też kupić wcale przydatną mapę Lubuskiego Szlaku Wina i Miodu, którą wypada serdecznie polecić.

miłosz_krzaki

W nieodległym Łazie, tuż przy wspomnianym wzgórzu, mieści się winnica „Miłosz”. Tam już zdecydowaliśmy się na małą degustację, od której nie mniej ważne było przyjrzenie się piwnicy i wysłuchanie opowieści właściciela – p. Fedorowicza. Od razu widać, jak bardzo w tym miejscu nawiązuje się do historii i tradycji winiarskich regionu. Wino, profesjonalny sprzęt do jego produkcji czy spora wiedza właścicieli – to jedno. Ale też nie można było nie odnieść wrażenia, że wszystko jest tu na swoim miejscu i pełne harmonii. Do tego ciekawostka: w winnicy powstaje właśnie świetnie zapowiadający się Grempler Sekt. Przynajmniej „półprodukt” przez nas spróbowany zapowiadał się świetnie. Po dłuższej chwili spędzonej w tak miłym miejscu pozostało już tylko włożyć do sakwy zakupionego Dornfeldera i ruszać w dalszą drogę, zaglądając jeszcze na „współdzielone” przez winiarzy wzgórze.

winnica_zabór

Przejeżdżamy przez Zabór, w którym skręcamy na Proczki. Droga biegnie wzdłuż jezior, przez las i rzeczywiście można uwierzyć, że zaraz trafi się w miejsce, jeśli nie magiczne, to przynajmniej wyjątkowe. Winnica nie przez przypadek ma nosić nazwę „Na leśnej polanie”. Kończy się więc las, zaczyna polana, niedaleko widać zabudowania. Winnica znajduje się w jednym z pierwszych obejść i rzeczywiście można o niej powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że jest typowa. Bardzo chcemy unikać pejoratywnego tonu czy wywoływania negatywnych skojarzeń. Bo naprawdę było nam tam bardzo dobrze; miło rozmawiało się też z właścicielką. Stojąc na podwórku gospodarstwa, naprawdę trudno opędzić się od ogólnego wrażenia wszechogarniającej rozpierduchy. Lubimy rozpierduchę, w rozpierdusze nie ma nic złego. I bardzo trzymamy kciuki, by pozytywnie przełożyła się na zawartość butelki. Ustaliliśmy więc mniej więcej, czego potrzebujemy, po czym właścicielka zniknęła na dłuższą chwilę, by odnaleźć intrygująco brzmiącego Muskata morawskiego i… zaetykietować go.

proczki_na_leśniej_polanie

Przyszedł czas na trochę więcej jeżdżenia niż zwiedzania i degustowania, bo następny przystanek to dopiero winnica „Kinga”, położona w Starej Wsi pod Nową Solą. Wybraliśmy sobie drogę przez wsie Dąbrowa i Bobrowniki, a następnie przez Otyń. Może piękno tych miejsc nie jest oczywiste, ale te wszystkie poniemieckie widoki w aktualnym stanie zachowania (i niekiedy rozwoju, innym razem pastelowego rozkwitu) cieszą nasze ciekawskie oczy niezmiernie. Cieszyła też droga przez las, chociaż trochę mniej – bo okazała się piaszczysta.

winnica_kinga_sklepik

Dojeżdżamy więc do Starej Wsi i od razu wiemy, że jest dobrze. Wita nas sympatyczny pan Robert i prowadzi do drewnianej rybakówki, w której degustacja dzieje się już na dobre. A jest co degustować: genialne, różowawe Pinot Gris czy naprawdę solidny Dornfelder naprawdę cieszą nasze kubki smakowe. Które dodatkowo rozpieszczane są przez świetne przekąski autorstwa pani Kingi: pesto z czosnku niedźwiedziego, domowy smalec i hummus z soczewicy. Bardzo, bardzo pozytywne miejsce.

winnica_kinga_dom

Trochę się zasiedzieliśmy, a jednak „weekend otwartych winnic” trwa tylko do osiemnastej. Jest to zresztą godzina, po której podczas majówki może lepiej nie jeździć po polskich drogach. Odpuszczamy więc odwiedziny kolejnych winnic w Ochli, Kiełpinie i Świdnicy. Na pewno jeszcze kiedyś tam zajrzymy. Obieramy azymut na Zieloną Górę, by wieczorem nieco zmienić przedmiot degustacji i odwiedzić minibrowar Haust. Co prawda wielbiona przez M. citra akurat się skończyła, ale i tak było bardzo smacznie.

Następnego dnia jedziemy już na północ, do położonej obok Cigacic, tuż nad Odrą, wsi Górzykowo. Mieści się tu Winny Dworek państwa Krojcigów. Mieliśmy zresztą okazję spróbować już z tego miejsca Rieslinga, podobno lirycznego. No więc podjeżdżamy pod górę. Że coś może pójść nie tak obwieszcza mijająca nas kolumna wypomadowanych aut z wypomadowanymi ludźmi w środku. Sama wieś ma swój „szarm”, na wzgórzu znajdują się całkiem ładne, pewnie poniemieckie wille. Kawałek dalej rośnie już wino, mijamy płot, wjeżdżamy na podwórko i… jest! Przed nami stoi wielka, biała beza! Typowy dworek polski z późnych lat dziewięćdziesiątych czy z początku dwudziestego pierwszego wieku, choć ma się wrażenie, że zbudowany niedawno. Są kolumienki przy wejściu, obok góralska chata z bali i jeszcze jedna sala weselna. Na parkingu mnóstwo aut: wszak maj to miesiąc pierwszej komunii. Warunki okazały się w sensie ścisłym niekorzystne, ale postanowiliśmy się nie poddawać, nawet mimo krzywych spojrzeń, jakimi obdarowywali nas zaszczytni goście winnego dworku. Może chociaż uda się kupić butelkę? Wchodzimy do czegoś w rodzaju recepcji i owszem, butelek jest całkiem sporo. Nie bardzo jest jednak czas i ochota, by nam opowiedzieć, które wino jak smakuje – przecież od razu widać, ze nie zostawimy tu setek złotych. Trochę z łaski, ale jednak sprzedano nam butelkę Rieslienga-Saphiry. Co miłe, pozwolono też pospacerować.

winnica_krojcigów

Na architekturze czy ogrodnictwie się nie znamy, więc nie ma co się przesadnie wyżywać. Zwłaszcza, że aranżujący to wszystko na pewno nie mieli złej woli. Po prostu, rzecz gustu. A gust oferowany przez Winny Dworek sprzedaje się chyba nieźle i pewnie podzielany jest jeszcze przez niejednego rodaka. W każdej winnicy do butelki dostawaliśmy ulotkę: bardziej lub mniej profesjonalnie przygotowaną, na której były przede wszystkim informacje o winnicy i o winie. Natomiast ulotka Winnego Dworku zawiera przede wszystkim informacje o hotelu, spa, konferencjach, bankietach, przyjęciach okolicznościowych czy weselach. To bardzo dobrze, że wokół wina można nakręcić fajny biznes, o rozkręcenie którego na samym winie w Polsce przecież trudno. Ale jednak gdzieś tutaj zaburzyły się proporcje. Albo też jest z nimi wszystko w porządku, tylko my trafiliśmy w jakiś taki pechowy dzień.

winny_dworek

Skoro nam pozwolono, to pospacerowaliśmy. Trzeba przyznać, że jak już się przejdzie w kierunku Odry, stanie plecami do dworkowej bezy, to widok jest naprawdę urzekający. Pięknie wyeksponowane, całkiem strome zbocze. Dalej Odra osadzona w malowniczej, szerokiej niecce pradoliny. Rewelacyjne miejsce na winnicę. Posiedzieliśmy sobie więc wśród winorośli, wygrzewając się we wczesnomajowym słońcu. I dalej w drogę.

Do Sulechowa warto pojechać nieco okrężną drogą, obierając kierunek na wschód (bodaj przez Sadowo). A to dlatego, że ruch będzie mniejszy niż na byłej drodze krajowej nr 3, a i przez las przejechać można niebagatelnej urody. Sam Sulechów też na pewno urody jest jakiejś, ale nas bardziej interesuje wieś Mozów, w której mieszczą się – o ile wiemy – dwie winnice.

Pierwsza z nich nazywa się chyba po prostu Winnica Mozów i leży na samym początku wsi (patrząc od strony Sulechowa). Położona jest zupełnie inaczej niż ta w Górzykowie – jest raczej płasko, a zamiast Odry widzimy drogę ekspresową S3. Trochę zmartwił nas stan winorośli, bo jednak większość pozostałych winiarzy wyrywa z winnic chwasty czy mlecze. Niezbyt zachęcająco podziałał na nas też fakt, że akurat do winnicy zjechała wycieczka pod patronatem uniwersytetu trzeciego wieku. Bardzo chwalimy takie inicjatywy, ale jednak atmosfera zrobiła się mało intymna, więc po raz pierwszy podczas naszej wycieczki zarządziliśmy odwrót.

cantina_winorośl

A właściwie nie tyle odwrót, co po prostu pojechaliśmy dalej, do rzeczywistego i ostatniego celu naszej przejażdżki: do winnicy „Cantina”. No i co tu dużo pisać. Przez tę winnicę miało się ochotę spóźnić na pociąg z Sulechowa do Poznania. Państwo Karolina i Mariusz to świetni ludzie, opowiadający kompetentnie i z pasją o swojej winnicy. Kompetentnie i z pasją jest też w kieliszku – degustowane wina były naprawdę bardzo, bardzo dobre. Do tego przepyszne przekąski (tak wędzonej karkówki, szynki, polędwicy boczku to nie jedliśmy naprawdę dawno).

cantint_brama

Kilometrów podczas tego wyjazdu uzbierało się niewiele, ale wrażeń – mnóstwo. Wróciliśmy uwzniośleni faktem, że to się po prostu udaje. Że można robić w Polsce wino, które nie ma powodów do żadnych kompleksów. Wiadomo, jak to stwierdził jeden miejscowych rowerzystów, holujący nas z Nowej Soli przez skróty „dla swojaków”: „Francja to to nie jest”. I w sumie całe szczęście, bo widać, że w lubuskim powstaje coś całkiem oryginalnego i swojego. Dodatkowo cieszy fakt, że powstaje to rękami takich po prostu dobrych ludzi.

Dobre wino to takie, po kolejną butelkę którego chętnie by się sięgnęło po wypiciu pierwszej. Dla nas jasne jest, że wracamy na Szlak Wina i Miodu w sierpniu albo na początku września, więc chyba można powiedzieć, że był to dobry wyjazd.

8 Komentarzy Dodaj własny

  1. jongleur pisze:

    Fajna relacja, świetnie się czyta, zwłaszcza jak sie było w tych miejscach. Co do Winnej Góry towarzyszyły mi dokładnie te same odczucia.

  2. Greg pisze:

    Również muszę pochwalić za obiektywną treść. Osobiście jestem z lubuskiego i co do Winnej Góry trudno się nie zgodzić… Ja czułem się wręcz głupio jak pytałem o wino bo wydaje się ono na szarym końcu i raczej czułem się jakbym przeszkadzał niż odwiedzał.
    Pozdrawiam z lubuskiego!

  3. miewmach pisze:

    Dzięki za miłe słowa. Co do Górzykowa, to przede wszystkim cieszymy się, że winiarstwo w lubuskim rozwinęło się na tyle, że „rynek” istotnie się różnicuje 😉 Albo przynajmniej są na to jakieś widoki.

Odpowiedz na jongleur Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s