Wulkan obiecany

dnia

334 copyPrzymierzaliśmy się do tego wyjazdu od kilku lat, chociaż właściwie nic nie stało na przeszkodzie, by wsiąść i pojechać. Balonik oczekiwań pompowany był konsekwentnie. A to przez kolejne teksty osób znających się na rzeczy: krótsze, ale i bardziej kompleksowe. A to przez degustacje win, które tak czy inaczej zdobyć się udało. W tym czasie Somló urosło w naszych oczach do rangi jakiejś zupełnie wyidealizowanej figury, wzorca i modelu cech przez nas w winie i jego otoczce pożądanych. Najmniejszy region winny na Węgrzech. Wszystko mieści się na jednym wulkanie; ongiś podwodnym, dzisiaj zupełnie już wygasłym. Gdzie ziemia obfituje w zupełnie wyjątkowe minerały; inne niż chociażby na podobnych, nieodległych wulkanach Badacsony. Które to minerały dają winu smak niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju i do tego tak bardzo naszym potrzebom i gustom odpowiadającym. Albo też nasze potrzeby i gusta kreując. Region, w którym uprawa winorośli nie zawsze jest profesjonalna, jej rezultaty nie zawsze są butelkowane i etykietowane. I gdzie absolutnie nikt (jak się jednak przekonaliśmy: prawie nikt) nie robi z powodu tej wyjątkowości wielkiej jakiejś sensacji. Tak, Somló ma wszelkie dane ku temu, by stać się naszą małą Mekką.

344 copy

Do tego wszystkiego założyliśmy sobie, że wszelakie regiony winne będziemy odwiedzać na rowerach; podróż samochodem nie jest wszak przesadnie finezyjna, odziera z wielu doznań, nie pozwala szanować przejechanych kilometrów i w ogóle wyjaławia. Jednak łączenie wina z rowerem miewa jedną zasadniczą wadę. Wino nie rośnie na płaskim. Tutaj jednak miało być inaczej. Ruszyliśmy ze Zwardonia, jadąc wzdłuż Wagu i skręcając do Małokarpackiego Regionu Winnego pod Bratysławą. Wzdłuż rzeki, a więc po płaskim. Stamtąd do Bratysławy, wzdłuż Dunaju aż do Győr (pisząc przewodnik, stwierdzilibyśmy: „do malowniczego Győr – barokowej perełki północnych Węgier, w której spontaniczne życie nocne tętni aż do świtu”, mimo że sami świtu tam nie dotrwaliśmy ani nie uświadczyliśmy, bo w pokoju hotelowym nie było okna). A stamtąd już do tej winnej Ziemi Obiecanej, gdzie już kilkanaście kilometrów od Pápy na horyzoncie majaczy ten charakterystyczny kształt, który nie może nie kojarzyć się ze słoniem połkniętym przez węża boa.

Miało być więc łatwo, lekko i przyjemnie, ale to był lipiec, a powszechnie wiadomo – jak się jednak okazuje, nam wiadomo do końca nie było – że Węgry w lipcu to jest w sensie ścisłym patelnia. Wlekliśmy się więc w tym czterdziestostopniowym upale, w którym drzewa, jeziora nie uświadczysz, ani nikogo. W kolejnych wioskach zdobywaliśmy niewątpliwy szacunek. Czasami oprócz szacunku zdobywaliśmy też dojrzałe melony. Jak w Győrszemere (albo Felpécu?), gdzie akurat pod sklepem miejscowi degustowali palinkę. Sami z siebie podeszli i zaoferowali te owoce, pytając, czy jesteśmy ze Słowacji. Gdy okazało się, że z Polski, dostaliśmy dodatkowo mnóstwo butelek wody.

336 copy

W końcu jednak udało się dotrzeć. Jeśli spać w Somló, to oczywiście u Karoly Kolonicsa, o którym była już na tym blogu mowa. Ma on kilka podstawowych zalet. Jest fantastycznym człowiekiem, z którym naprawdę świetnie się rozmawia, nie gorzej pije. Robi genialne wina, które w dodatku – przynajmniej u źródła – są dosyć tanie. No i przede wszystkim ma spory dom, dostosowany do przyjmowania gości. Nasza czwórka zajęła dwa pokoje dwuosobowe; oprócz tego wolne były jeszcze przynajmniej cztery pokoje. Warto mieć to na uwadze, bo baza noclegowa w Somló nie jest przesadnie obfita. Właściwie pozostaje chyba tylko Kolonics i jeszcze hotel jednego z większych producentów, ale hotel u dużego producenta to w takim miejscu jednak nie to. U Karoly’ego warunki są naprawdę świetnie, a do tego można pysznie zjeść i wypić oraz naprawdę bardzo dużo się dowiedzieć: o winie, o Somló jako takim, o innych winiarzach, o Węgrzech (w tym przede wszystkim o Wielkich Węgrzech: „spójrzcie na tę mapę: komu to przeszkadzało?” – przy czym Trianon to trauma ogólnonarodowa i akurat pod tym względem nasz gospodarz był raczej umiarkowanie martyrologiczny). Karoly miał w naszym przypadku jeszcze jedną istotną zaletę: był na miejscu. Odwiedzaliśmy Somló w tygodniu, a okazuje się, że bardzo wielu winiarzy na co dzień mieszka gdzie indziej, do winnic zjeżdżając raczej na weekendy. Wspomniany wcześniej Małokarpacki Region Winny zwiedzaliśmy w weekend, ale tam winiarze siedzą w winnicach wyłącznie w tygodniu.

346 copy

Na miejscu była też Eva Cartwright, kolejna osoba, o której trzeba koniecznie napisać. Węgierka, wyszła za mąż za Brytyjczyka, stąd zapewne nazwisko. Ważniejsze dla nas jest jednak to, że naprawdę świetnie mówi po angielsku, co na węgierskiej prowincji cenić należy szczególnie. Eva nie tylko zna ten język, ale jeszcze ma sporo do powiedzenia. Prowadzi jedyny na wulkanie sklep z wiadomo czym, dzięki czemu można spróbować i kupić tutejsze wina, nawet jeśli nie uda nam się umówić z winiarzem. Wcześniej nie było to takie oczywiste. Dzięki Evie można też śledzić szomlońskie nowinki na blogu.

350 copy

Gdy podjechaliśmy pod sklep Evy (a podjazd był to cholernie wymagający, 12% nachylenia i gęste, przedburzowe, gorące powietrze), powitał nas dźwięk tłuczonego szkła. Właścicielka była ewidentnie wkurzona, bo właśnie straciła kilka kieliszków i coś tam jeszcze. Tym przynajmniej tłumaczyliśmy sobie jej raczej nieuśmiechnięte oblicze na początku spotkania. Żart, że taka strata to dobry znak, bo idą goście okazał się chyba zbyt hermetyczny kulturowo. Od razu zapytała jednak, czy jesteśmy tymi turystami z Polski. Trochę nas to zdziwiło: czyżby Somló, wzorem polskich bratanków, było miastem monitorowanym? Śledzą nas od samej Pápy? Czy to w ogóle aż taka sensacja, że przyjeżdżają tutaj turyści, choćby nawet na rowerach i z Polski? Odpowiedź okazała się znacznie bardziej prozaiczna: poprzedniego dnia Karoly, nasz gospodarz, mówił Evie, że spodziewa się czwórki polskich rowerzystów. Natomiast ustaliliśmy zgodnie, że rzeczywiście: najprawdopodobniej byliśmy wówczas jedynymi turystami w Somló. Trzeba przyznać, że tłum faktycznie był nieco rzadszy niż w weekend nad Balatonem, by nie powiedzieć, że tłumu, ludzi jakichkolwiek, nie było wokół wcale.

337 copy

Tłumu nie było też w sklepie Evy, więc mogliśmy się wygodnie rozsiąść i zacząć jakże indywidualną degustację. I cóż to była za degustacja! Co do selekcji – zdaliśmy się oczywiście na naszą ekspertkę i trzeba jej oddać, że swoimi wyborami doprowadziła nasze kubki smakowe do szczęścia, radości i spełnienia. Spośród degustowanych ośmiu butelek kupiliśmy pięć, które konsekwentnie będziemy opisywać lub nawet w jakiejś mierze już to uczyniliśmy. Tytułem kronikarskiego obowiązku, wspomnijmy, że nie kupiliśmy win następujących: (1) Turnai Juhfark (2012), bo jednak było jak na Somló trochę zbyt proste; (2) Kreinbacher Juhfark (2013), bo chociaż poprawne, to jednak od dużego i pozbawionego duszy producenta, a w ogóle, to takie wina można kupić w każdym sklepie oraz (3) Fekete Béla Olaszrizling (2006), które było absolutnie wybitne i wspaniałe, ale rocznik 2006 nie był już – przynajmniej dla nas – na sprzedaż. Ach, cóż to było za wino. Piękny, miodowy kolor. Bardzo intensywny aromat, trochę nawet przypominający brandy (daje to do myślenia, jak ciekawie starzeje się Somló) i naprawdę ekstraktywny, oczywiście mineralny smak. Kupiliśmy jednak butelki z 2007 i 2011 r., które również nas zachwyciły i który to zachwyt mamy nadzieję sobie odtworzyć w ciągu kilku miesięcy.

347 copy

Chyba nie mogły nie zachwycić. Wszak Béla Fekete – czy, jak go tutaj nazywają, wujek Béla – to legenda tego miejsca. Wycofał się już z winiarstwa, sprzedając winnicę komu innemu i zamieniając czas w niej spędzany na pławienie się w łaźniach. Wujek Béla niewątpliwie rękę do wina miał wybitną, ale też istotnie pomogło mu w budowaniu legendy to, że miał najlepsze chyba parcele na wulkanie. Jeśli coś rośnie w tym miejscu, to rzekomo nie ma prawa się nie udać. Idealne wszystko: ekspozycja, nachylenie… W związku z tym, jego wina uznaje się chyba za wzorcowe, w co po tej krótkiej degustacji z pewnością jesteśmy w stanie uwierzyć.

Degustowaliśmy, rozmawialiśmy i dociekaliśmy wspólnie, komu przeszkadzały Wielkie Węgry. Mimo że Eva opowiada te same historie pewnie ładnych kilka razy w tygodniu, to biła z nich pasja, autentyczność i świeżość. Nie można tam pojechać i nie spędzić z nią tych kilku godzin. Ponieważ jednak nie uznajemy spluwaczek, w którymś momencie sens rozmowy nieco wyblakł. Poza tym, nad wulkan nadciągały ciemne, zapowiadające burzę chmury, więc niegłupim pomysłem było spakowanie zakupionych butelek do sakw i zjechanie na dół do Kolonicsa w celu przegrupowania sił i lekkiego otrzeźwienia.

345 copy

Chociaż marzyliśmy o tym wyjeździe od kilku lat, myliłby się ten, kto by stwierdził, że wszystko mieliśmy idealnie zaplanowane. Zaplanowane, owszem. Ale nie wszystko i nie idealnie. Nie przewidzieliśmy na przykład, że większości winiarzy nie będzie w tygodniu na wulkanie. Albo że raczej nie znają oni angielskiego (lepiej jest z niemieckim, co nie znaczy, że zawsze jest dobrze). Na nic więc zdała się pomoc Evy, która próbowała nas umówić to tu, to tam. Wiedzieliśmy jednak, że nie dała nam do degustacji i milczała na temat możliwości wizyty u jeszcze jednej osoby. Spiegelberg.

338 copy

István Spiegelberg, trochę Węgier, ale jednak urodzony w Berlinie i z niemieckimi korzeniami. Zjechał do Somló, założył winnicę i idzie mu dobrze. Powygrywał jakieś ważne nagrody, większość jego produkcji idzie do Stanów, trochę do Europy Zachodniej i chyba też Japonii. Stefana nie było na miejscu, ale powiedział, że nie ma problemu: przyjedzie za godzinę. Bardzo miło. Dotarliśmy do jego winnicy, położonej nieopodal kaplicy Świętej Ilony. Gospodarz odrobinę się spóźnił, był więc czas na to, by rozejrzeć się wokół. Miejsce rzeczywiście może trafiać w gust niemieckich przyjezdnych; jest tu jakoś inaczej. Niby nieład, ale kontrolowany. Niby dekoracje stare, ale chyba jeszcze bardziej na stare stylizowane. Coś wisiało w powietrzu, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, co.

340 copy

W końcu przyjechał i Spiegelberg. Niestety, okazało się, że mimo amerykańskich sukcesów pogadamy tylko po niemiecku. Zaprosił nas do imponującej sali degustacyjnej w piwnicy, puścił jakieś dzieła muzyki „poważnej” (jest wśród nas muzykolog, więc teza, że muzyka była w tych okolicznościach kiczowata może się wydać uzasadniona). I przyniósł butelki. Nastrój zrobił się naprawdę dziwny, iście „creepy”, jak to się ładnie po polsku zwykło określać. Degustowaliśmy wina, on mówił o nich zdawkowo, raczej się na nas patrząc i delikatnie uśmiechając, demonstrując niepełne uzębienie. O coś próbowaliśmy zagadywać, ale rozmowa nie bardzo się kleiła – i nie chodziło tu chyba jedynie o naszą niedoskonałą znajomość języka. Przez głowę przeszła myśl, że zaraz weźmie ten wielki klucz od piwnicy, zamknie drzwi i… Było tak bardzo dziwnie, że nawet nie notowaliśmy, co degustowaliśmy. Wina były jednak trochę inne od dotychczas poznanych Somló. Gładsze, mniej mineralne, a bardziej aksamitne. Stefan wyjaśnił, że to, co robi się w Somló jest „wschodnioeuropejskie”, a on woli styl „zachodnioeuropejski”, co podkreślił nie bez emocji w głosie. Stąd różnica. Cóż, my jesteśmy z krwi i kości wschodnioeuropejscy i genów nie oszukamy. Jeśli ma to jakieś znaczenie.

342 copy

Niby nic nas nie goniło, mieliśmy dużo czasu. Niby rozmawialiśmy z gospodarzem, trochę o winach, trochę o regionie, trochę o nim i jego winnicy. Jednak gdzieś przy trzecim kieliszku, gdy panika cały czas delikatnie wzrastała w każdym z nas, daliśmy za wygraną. Był miły, wina były smaczne. Ale w powietrzu wisiało coś, co kazało nam wyjść i docenić uroki szomlońskiego nieba. Kupiliśmy raptem jedną butelkę (5000 forintów, więc dramatu nie było, ale u Kolonicsa kosztowały po 1500 i bardziej nam smakowały). Niewielka skala zakupów i degustacji zasmuciły naszego gospodarza, no ale po prostu nie dało się wycisnąć z tego spotkania nic więcej. Później usłyszeliśmy na jego temat to tu, to tam, że „crazy man”. Co nie umniejsza w żaden sposób win czy samego winiarza wartości.

Tyle z grubsza o ludziach. Można też o szczepach, spośród których w Somló królują Furmint, Olaszrizling, Hárslevelű i oczywiście Juhfark. Ten ostatni jest szczególnie ciekawy, bo dla regionu charakterystyczny. Po węgiersku znaczy dosłownie „owczy ogon”, a jego kiście są fikuśnie zagięte. Podobno jednak jest dość wymagający w uprawie, a zwłaszcza – przy zbiorze. Wówczas mniej wprawna osoba potrafi zmarnować całkiem sporo gron. Różnice między szczepami są wyczuwalne, ale bez przesady. W Somló chodzi przede wszystkim o mineralność, o ziemię. To ona czyni te wina tak wyjątkowymi i charakterystycznymi. Kwestia odmian winogron w smaku nie ma – tak twierdzą miejscowi – aż tak dużego znaczenia.

349 copy

Somló jest też po prostu piękne. Co prawda przewodnik Bezdroży nawet nie zająknął się o tym regionie, niemniej dla nas jest to jedno z ładniejszych miejsc na Węgrzech (oczywiście całego kraju jeszcze nie zwiedziliśmy). Kompaktowe, naturalne i nie na pokaz. Jakiż niesmak budzi później wizyta nad Balatonem, choćby był to jego północny, obsadzony czasami winem brzeg. Gdy jedzie się rowerem wśród winnic, patrzy na te piwnice… sielanka. Na szczycie są też ruiny zamku, z których przy dobrej pogodzie można zobaczyć całkiem spory kawałek tej węgierskiej patelni. W tym bliźniacze dla Somló wulkany Badacsony, również porośnięte winem, ale zapuszczającym korzenie w nieco innej glebie.

351 copy

Dla nas to było przeżycie. Ale była z nami też dwójka znajomych, którzy trochę mniej interesują się winem i nie czytali wcześniej o Somló. Przejechaliśmy wspólnie nie taki krótki odcinek po Słowacji, na Węgrzech też zobaczyliśmy coś poza tym wulkanem, kończąc wycieczkę w Budapeszcie. Kiedy wrócili do domu, okazało się, że ich znajomi nie mieli pomysłu na wakacyjny wyjazd. Nie polecili im Budapesztu, Balatonu czy słowackiej doliny Wagu. Polecili Somló. Nasz mały sukces i chyba całkiem duża rekomendacja dla „regionu”.

335 copy

Tytułem post scriptum. Do samego wyjazdu zainspirował nas nie jeden tekst i nie jedna butelka (chociaż nie było znowu tych tekstów i butelek tak dużo). Pierwszym był jednak zdecydowanie ten napisany przez Marka Bieńczyka. Inspiracje „duchowe” są ważne, ale trzeba było też chociaż minimalnie przygotować się do wyjazdu, aby trochę pewniej stąpać po tym wulkanicznym gruncie. W tych kwestiach niezastąpiony okazała się publikowana w odcinkach relacja z wizyty w Somló ludzi z Vinisfery.

352 copy

7 Komentarzy Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s