Tokaj underground, tokaj mainstream

dnia

Niewiele rzeczy było w stanie wkurzyć znajomego Węgra bardziej niż mowa o „słowackim Tokaju”. Od razu napędzało to całą tę gadkę o Trianon i Wielkich Węgrzech, słuchanie której chyba nigdy nam się nie znudzi. Oczywiście czyjaś irytacja napędza naszą nieco przekorną ciekawość, więc już od jakiegoś czasu planowaliśmy poświęcić jedną z rowerowych wycieczek temu regionowi. A ujmując rzecz trochę bardziej serio, bardzo interesujące wydają się nam regiony winiarskie, które kiedyś stanowiły jedno, a teraz są podzielone z powodów politycznych. Jak jedni patrzą na drugich? Czy te podziały są nadal jakkolwiek aktualne? Czy robią winu jakąś różnicę? Postanowiliśmy sprawdzić najpierw w Tokaju, a kilka miesięcy później w Collio (Goriskiej Brdzie), czyli dwóch chyba najciekawszych pod tym względem regionach w Europie.

Mieliśmy na uwadze twierdzenia, że „Słowacja też produkuje tokaj”, „lecz jakość jest zdecydowanie niższa i nawet najlepszy słowacki producent nie zrobi wrażenia na węgierskim średniaku”. Warto jednak zaznaczyć, że w ostatnich latach nie brakuje także bardziej pochwalnych głosów na temat słowackiej części regionu (tu czy tu).

Węgierski region Tokaju oraz produkowane tam wina są dość dobrze opisane. Jest on położony na obszarze ok. 5,5 tys. hektarów w północno-wschodnich Węgrzech, wzdłuż rzeki Bodrog i u stóp Wzgórz Zemplińskich. Dzięki panującym warunkom mikroklimatycznym i występującym nad rzeką mgłom, grona pokrywa tzw. szlachetna pleśń, dająca ów wyjątkowy smak najpóźniej zbieranym owocom. Oprócz tego, w Tokaju wytwarza się także (a może nawet – przede wszystkim) wina wytrawne, a królują tutaj szczepy Furmint i Hárslevelű. Krajobrazy są piękne, a charakterystyczne tokajskie piwnice robią naprawdę bardzo duże wrażenie.

W słowackiej części jest podobnie, aczkolwiek zdecydowanie skromniej pod każdym z wymienionych wyżej względów. Hektarów jest może 900. Historycznie tokajskie wsie były dwie, obecnie mówi się o siedmiu. Są też oczywiście piwnice (wykorzystywane przez winiarzy, zdecydowanie warto umówić się tam na degustację), są krajobrazy, ale jednak nie zawsze tak wymuskane i pocztówkowe.

Cechą wspólną słowackiego i węgierskiego Tokaju na pewno jest to, że idealnie nadają się do zwiedzania na rowerze. Odległości nie są duże, baza noclegowa bardzo dobra, kierowcy dużo bardziej kulturalni i ostrożni niż w Polsce. Nie musimy dodawać, że rower jako środek lokomocji daje możliwość pełniejszego, mniej „punktowego” poznania danego miejsca.

Słowacja

Trasa. Serce słowackiego Tokaju z pewnością bije w dwóch położonych 1,5 kilometra od siebie wsiach: Velkiej i Malej Trni. To tutaj rezydują najistotniejsi winiarze (o których więcej piszemy poniżej), tutaj jest najbardziej rozwinięta baza noclegowa. Wreszcie to w Velkiej Trni znajdują się charakterystyczne tokajskie piwnice. Jadąc dwa kilometry dalej na południe, dotrzemy do wieży obserwacyjnej położonej wśród bardzo malowniczych winnic. I tym w sumie można byłoby się zadowolić, ale przecież dla takich odległości nie warto nawet wsiadać na rower.

Zwłaszcza, że jadąc cały czas wśród winnic, można dotrzeć do całkiem urokliwych wsi Bara oraz Cernochov, a dalej – już przy drodze krajowej – Borsza. W samej Borszy znajduje się (mało imponujący) zamek Rakoczego oraz ze dwa kościoły. Można stąd odbić na Slovenske Nove Mesto (Ujhely), przy czym poza przejściem granicznym z Węgrami nie ma tam nic ciekawego. Można też zjechać dalej na południe, do rzeki Bodrog – sprawcy całego tokajskiego zamieszania. Wzdłuż wału prowadzi ścieżka, z której można przyjrzeć się rzece i tworzonym przez nią krajobrazom. Rzeczywiście, mimo panującego upału, jest tu dość wilgotno, podmokle. Ścieżka ma jedną zasadniczą wadę: jest ślepa. Dlatego można albo zawrócić do Borszy, albo dostać się do Viniczek idąc przez pole (momentami raczej: błoto), obok stawu hodowlanego.

Zaletą tego drugiego rozwiązania jest to, że wychodzi się niemal na wprost Zlatej Putny. Jest to nie tylko najntisowo i przydrożnie wyglądający pensjonat z restauracją (serwującą jednak naprawdę dobre i świadome jedzenie, którego w węgierskim Tokaju tak bardzo nam zabraknie), ale również jeden z większych producentów win. My spróbowaliśmy dwa czy trzy. Są zupełnie poprawne, ale też niczym się nie wyróżniają i nie bardzo zapadają w pamięć. Zdecydowanie lepiej jest wyrabiać sobie zdanie nt. słowackiego tokaju na innych przykładach.

Vinicky to całkiem urokliwa wieś, położona między południowym zboczem wzgórza i Bodrogiem. Mieści się tu jeszcze winnica Zlaty Strapec, z której jednak nie udało nam się nic spróbować. Dalej warto pojechać wzdłuż Bodrogu, przez Ladmovce, do Zemplina. Trasa wiedzie już po wschodniej, a więc mniej obsadzonej winem części wzgórza. W samym Zemplinie trzeba trochę użyć wyobraźni i wesprzeć się dodatkowymi opisami historii miasteczka, by uzmysłowić sobie, jak niegdyś mogło być istotne w regionie. Można też powiedzieć, że to tutaj wszystko się zaczyna, gdyż nieopodal z połączenia rzek Ondavy i Latoricy powstaje Bodrog. My natomiast jedziemy dalej, by przez Cejkov dotrzeć z powrotem do Velkiej Trni. Po drodze zaglądamy jeszcze do Cerhova, którego główną atrakcją jest sklep ze słowackim tokajem.

Ot, i cały region, który można przeskanować w całości w ciągu jednego dnia niespiesznej rowerowej jazdy. Spędzając na miejscu trzy noce, niejednokrotnie jeździliśmy po własnych śladach, czasem tylko zmieniając kierunek jazdy. I cały czas nam się podobało. Był to jeden z tych długich weekendów, gdy turystyczne piekiełka stają się jeszcze bardziej piekielne. Tymczasem w słowackim tokaju byliśmy niemal sami…

Winnice. W Malej Trni mieści się chyba najpopularniejszy, najskuteczniejszy marketingowo i najbardziej doceniany z producentów słowackiego Tokaju – Macik. Designerskie butelki, bardzo świadoma selekcja win, do tego – przyznamy, nie wiemy ile warte – nagrody i tytuły najlepszych słowackich win. Sama winnica również wygląda imponująco, wszystko jest naprawdę dopracowane i wygląda bardzo profesjonalnie: sklepik, restauracja, pensjonat.

Oferta win jest bardzo bogata, składa się na nią kilka linii (w tym jednoszczepowe Mono, szczególnie chętnie parowane z jedzeniem Axis, „odważny” Fizz, jakościowy Grand czy nawiązujące nazwą do tokajskiej szlachetnej pleśni Botris). Do tego dochodzi supermodnie brzmiący projekt Tokaj IPA, czyli tokajskie piwo. Naprawdę trudno się dziwić, że Macik podoba się przyjezdnym, robi wrażenie i zyskuje na popularności. My trochę podegustowaliśmy na miejscu, trochę przywieźliśmy do domu. Wyjechaliśmy z przeświadczeniem, że są to naprawdę bardzo dobre wina, chociaż może trochę za bardzo nastawione na „zachodniego” odbiorcę.

Velka Trnia wielu przyjezdnym będzie się przede wszystkim kojarzyć z winnicą Ostrozovic. Dość imponująca posiadłość, w której degustacje i sprzedaż wina mają zinstytucjonalizowaną formę. Mimo że pierwsze dwie noce spędziliśmy w gospodarstwie agroturystycznym położonym przy tej samej ulicy, to jakoś tak wyszło, że zawsze gdy zachodziliśmy do Ostrozovica, akurat było zamknięte.

Natomiast w Velkej Trni działa dwóch winiarzy, którzy absolutnie skradli całe show tego wyjazdu: Matus Vdovjak (Vino Vdovjak) i Marian Takac (Vinarstvo u Kona), którzy łączą siły w ramach inicjatywy Tokaj Underground. Panowie urzekli nas na tyle, że nawet nie będziemy się silić na obiektywizm. Ale po kolei.

Obaj robią tzw. wina naturalne (Vdovjak bywa wystawcą chociażby na morawskim Autentikfest), stroniąc jednak od tego określenia. Jednocześnie raczej luźno podchodzą do tradycji regionu. Niektóre ze swoich win (zob. Vdovjak i Takac) robią w gruzińskich amforach (co po raz pierwszy wypatrzyli w chorwackiej winnicy Tomac). Zazwyczaj nie filtrują wina, a w niektórych przypadkach macerują białe odmiany (zwłaszcza te w amforach). Zdarzają się też inne eksperymenty, jak wino z gron suszonych na słomie czy popularne w ostatnich latach pet-naty. Z jednej strony można powiedzieć, że to wszystko już było albo jest robione w innych częściach świata. Świeże i rockandrollowe podejście Matusa i Mariana do ich pracy nie może nie urzekać. Obaj są świetnymi ludźmi, którzy poświęcili nam sporo czasu, zdecydowanie wykraczając poza ramy typowych degustacji. Przy okazji raczej odradzamy łączenie dwóch wizyt jednego dnia: przy tak szczodrym podejściu obydwu gospodarzy, zakończenie „priateľskýego večera” u Matusa może być tylko jedno. W takiej sytuacji zdecydowanie rekomendujemy nocleg na miejscu (i pyszną jajecznicę następnego dnia).

Niezależnie od kontekstu, ich wina po prostu bronią się same, co staramy się potwierdzać w notkach degustacyjnych pojawiających się stopniowo na tym blogu. Zachowując wszelkie proporcje tego wyznania, były one dla nas w dużej mierze odkrywcze, młodzieńczo charakterne, ciekawe i co tu dużo mówić – pyszne. Oprócz trochę bardziej eksperymentalnych win, mamy tu oczywiście tokajską klasykę, a więc białe wytrawne wina ze szczepów Furmint oraz Lipovina (bo tak po tej stronie granicy mówi się na Hárslevelű). Wina bardzo eleganckie, wyważone, ale jednocześnie z charakterem i nie jakoś niepotrzebnie „ugrzecznione”.

Oczywiście najważniejszym pod względem turystycznym miejscem w Velkej Trni jest wzgórze z piwnicami. Trzydzieści trzy wejścia prowadzą do ponad 130 piwnic, które naprawdę warto zwiedzić. Stanowią one własność winiarzy, dlatego najlepszym (a przynajmniej jedynym przez nas doświadczonym) sposobem jest połączenie zwiedzania z degustacją. Na wzgórzu znajduje się też tablica informacyjna z nazwiskami i numerami telefonów do wszystkich winiarzy. Poza Macikiem (i pewnie Ostrozovicem) zdecydowanie należy umówić się na spotkanie.

Oprócz piwnicy Mariana Takaca, odwiedziliśmy też piwnicę jednego z mniejszych, lokalnych winiarzy. Wino było całkiem smaczne a atmosfera przesympatyczna. Jest to jednak doświadczenie bardzo zbliżone do tego, od czego roi się po węgierskiej stronie granicy, które niektórzy winiarze będą określać jako niezbyt higieniczne i trochę urągające tokajowi. Rzecz jasna zawsze najlepiej spróbować samemu.

Węgry

Trasa. Gdy w końcu udało nam się otrząsnąć z wrażeń po degustacji win Vdovjaka i Takaca, ruszyliśmy na Węgry. Miastem granicznym jest Satoraljaujhely (którego nie da się nie odwiedzić kilka razy, gdy stacjonuje się w Velkej Trni). Przykurzone, przepełnione atmosferą schyłku, jakby pogodzone z tym, że lepiej już było i pogodnie czekające na apokalipsę. Centrum, deptak, trochę winnic, zabytkowe tokajskie piwnice i upał, który sprawia, że nie chce się nic.

Do Sarospatak można dojechać drogą krajową nr 37 (na tym odcinku jest bardzo przyzwoita droga dla rowerów) albo dużo przyjemniejszą i malowniczą (ale też trudniejszą) drogą przez Karolyfalva. W samej miejscowości można zjeść niezły obiad, a w drodze powrotnej rozczarować się, że nigdzie nie serwują śniadań. Można także popatrzeć na Bodrog, zamek oraz na kościół.

Można też przejechać do Hercegkut, gdzie mieszczą się przepiękne tokajskie piwnice, a i sama wioska jest bardzo malownicza. My tego dnia chcieliśmy dostać się do Tolcsvy i rowerzystom obierającym ten azymut zdecydowanie polecamy powrót do Sarospatak i jazdę drogą lokalną przez Bodroglaszi i Vamosujfalu. Droga nr 37 między Hercegkut i Tolcsvą jest po prostu nieporozumieniem, gdzie często zdarzają się zakazy wjazdu dla rowerów, a dróżki biegnące równolegle za rowem nagle urywają się.

Tolcsva to jedno z tych przeuroczych tokajskich miasteczek. Można tu odwiedzić sporo winnic, w tym bardzo popularny Oremus. Jest też całkiem dobra baza noclegowa.

A później pod względem krajobrazowym jest tylko lepiej: zjazd nad Bodrog do malowniczej Olaszliszki, podjazd do naprawdę urokliwego Erdobenye i wspinaczka a potem zjazd do Abaujszanto. Gdzie znowu jest ładnie, znowu tokajskie piwnice i wino. Niestety później logistyka trochę się komplikuje. Planując kolejne tokajskie miejscowości: Tallya, Mad i Tarcal, mieliśmy świadomość, że nie bardzo da się znaleźć alternatywę dla drogi krajowej nr 39. I niby tragedii nie ma, ale jednak jazda wśród samochodów nie daje już takiej przyjemności. Chociaż trzeba oddać sprawiedliwość, że i tak jest dużo lepiej niż w Polsce czy też na drodze dojazdowej do Egeru (gdzie z ułańską fantazją poczynają sobie spieszący się na wypoczynek rodacy). Niezależnie od trochę mniej komfortowego dojazdu, wspomniane wsie z pewnością należy odwiedzić. Zwłaszcza Mad, który dla nas okazał się jednym z jaśniejszych punktów na mapie.

No i na koniec Tokaj. Do którego zdecydowanie polecamy rowerzystom pojechać mniej uczęszczaną drogą (dochodzącą do przedmieść Bodrogkeresztur). Najpierw delikatna wspinaczka pod wzgórze (znowu jest ładnie), później przejazd wzdłuż Bodrogu aż do ujścia do Cisy. Hercegut, Tolcsva, Erdobenye, Mad, Tarcal i wszystkie te krajobrazy pomiędzy naprawdę pozwalają się zrelaksować, wypocząć. Cieszyć błogą ciszą, świetnym winem, towarzystwem miłych ludzi czy fajnymi miejscami noclegowymi. Czar pryska w miejscowości, od której nazwę wziął cały region i która w porównaniu do wcześniej wymienionych jest po prostu turystycznym piekiełkiem. Duży ruch, rozwrzeszczane grupy turystów, okropne i drogie jedzenie w knajpach. Pół dnia wystarczyło, by poziom żółci i niechęci wzrósł w nas istotnie, więc zawróciliśmy do Bodrogkeresztur, by złapać jakiś pociąg do Mezokovesd i pozwiedzać jeszcze trochę inne Węgry.

Winnice. Bogactwo regionu jest niezwykłe, nasza ignorancja w tym temacie spora, więc nie ma sensu silić się na żadne rekomendacje czy bardziej szczegółowe opisy. Zwłaszcza, że w „polskim Internecie” jest tego naprawdę dużo. Sympatyczne są wina z Himesudvar (degustowane także na tym blogu), a Oremus to przereklamowany konglomerat. Natomiast dla nas zdecydowanie najmocniejszym punktem była degustacja w winnicy Kardos. Świadome, nowoczesne (ale bez szaleństw) podejście, którego rezultatem są naprawdę świetne wina (ach, Betsek; ach Supreme). Do tego przesympatyczna i bardzo pouczająca rozmowa, m.in. na temat doświadczeń winiarza z Lidlem czy polskimi dystrybutorami. Oraz o Tokaju w ogóle.

 

Czyli o regionie, którego wina każdy „zna”, często kojarząc je przede wszystkim ze słodyczą i jakimiś tam putonami. Winach, których klasa została dość mocno nadszarpnięta za poprzedniego ustroju i które powoli odbudowują swoją pozycję. Miejscu, w którym oprócz bardziej tradycyjnych czy niekiedy siermiężnych propozycji, trafić można na niejeden przejaw bardziej świadomej świeżości. Spektrum propozycji jest tutaj naprawdę szerokie, a zadowoleni powinni być zarówno poszukujący ciekawostek czy głębszych przeżyć winiarskich, jak również płynący głównym winnym nurtem.

Dłuższa, rowerowa wycieczka po Tokaju pozwala spojrzeć na region z trochę innej perspektywy. Można zajrzeć od wsi do wsi, na bieżąco degustować wino i niespiesznie podziwiać krajobrazy – kilometr po kilometrze. Jednocześnie jest to region rowerowo osiągalny, nieduży i jeździ się po nim, o ile nie jest zbyt gorąco, naprawdę świetnie. Z całego serca polecamy.

Jeden Komentarz Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s